ALL INCLUSIVE,
ALE JESTEŚ HARPAGANEM.
Na długim dystansie z trasy zdejmują nie tylko nogi. Brzuch i pusty bak są wśród najczęstszych powodów zejścia. Tu masz policzone, ile i czego jeść na godzinę, żeby nie zgadywać tego w nocy na trasie.
W skrócie · wariant podstawowy
Skąd to jest
Uczciwie: Setki Komandosa nie przeszedłem — mój najdłuższy dystans to pięćdziesiąt kilometrów, więc wszystko, co dalej niż to, jest dla mnie teorią. Dlatego ten tekst stoi nie na moim doświadczeniu, tylko na trzech źródłach: badaniach nad wysiłkiem wytrzymałościowym, praktyce biegów ultra i kolarstwa — bo stamtąd pochodzi wiedza o dawkowaniu — oraz ankiecie, na którą odpowiedziało sześćdziesiąt pięć osób ze środowiska Biegów Komandosa.
Wyrósł z przewodnika Czym jest Wielki Szlem Komandosa — tam są zasady, plecak i buty. Tu jest wyłącznie to, co jesz i pijesz między startem a metą — dla kogoś, kto lubi mieć policzone i zaprocesowane. Tak jak ja.
Rozpoznanie bez boju
Ultrasi mają na to powiedzenie: biegi ultra to zawody w jedzeniu i piciu. Brzmi jak żart, ale trasa je potwierdza — jednym z najczęstszych powodów zejścia z trasy nie jest brak nóg, tylko brzuch albo pusty bak, do spółki z tabletkami przeciwbólowymi na pusty żołądek, wychłodzeniem, kontuzją i odciskami. Objawy żywieniowe, które wracają najczęściej:
- Złe uczucie w żołądku, wzdęcie, przelewanie — bardzo często faktycznie żele, ale nie „chemia" w nich, tylko fruktoza w dawce, do której jelito nie było przyzwyczajone. Niewchłonięta fermentuje.
- Chlupot, mdłości bez głodu — przelanie: picie na zapas zamiast do pragnienia.
- Zgaga — za dużo i za gęsto naraz; syrop bez popicia żołądek oddaje przełykiem.
- Wstręt do słodkiego — po wielu godzinach to norma, nie awaria; awarią jest brak słonego i stałego w zapasie.
- Ściana: brak skupienia i koncentracji, nogi z waty w późnej fazie — pusty bak, nie brak charakteru; kalorie weszły za późno albo wcale.
Reszta tekstu to plan, jak nie zaliczyć żadnego z nich — i wyciągnąć z trasy więcej niż samo ukończenie.
Rozdziel swoje assety
W bukłaku czysta woda. Kuszące jest wlać tam gotową mieszankę węglowodanową, ale bukłak z odżywką robi się siedliskiem, którego nie wyczyścisz — wąż i zawór są nie do wyszorowania, a przy wielogodzinnym wysiłku w cieple to nie jest teoretyczny problem. Woda zostaje wodą.
Węglowodany osobno, we flasku. Maltodekstryna z fruktozą i cytrynianem sodu, wymieszane w małym flasku. Wtedy pijesz do pragnienia z bukłaka, a energię dozujesz świadomie, nie przy okazji.
Ustaw sobie przypomnienie. Na długim dystansie głód przychodzi za późno, a kiedy przyjdzie, jest już po zawodach. Alarm w zegarku co kwadrans — i nie jako mgliste „zjedz coś", tylko jako odmierzona porcja — ile dokładnie, zobaczysz niżej przy przepisie. Prościej niż jakikolwiek plan, bo działa wtedy, kiedy przestajesz myśleć.
Chemia w służbie ruckera
Cała skuteczność polega na tym, żeby cukry były dwa. Maltodekstryna to sklejona glukoza. Wchodzi z jelita do krwi jedną bramką, która przepuszcza mniej więcej gram na minutę — stąd sufit sześćdziesięciu gramów na godzinę i stąd to, że dosypanie czystej glukozy niczego nie zmienia: to ta sama bramka. Fruktoza ma bramkę osobną — węższą, ale własną. Dwie części maltodekstryny na jedną część fruktozy podnoszą sufit do dziewięćdziesięciu. To jest jedyny powód, dla którego w tym flasku są dwa proszki, a nie jeden — i warto przy okazji zajrzeć na etykiety swoich żeli, bo sporo z nich ma fruktozę w składzie.
Dla ciekawych: te bramki to białka SGLT1 i GLUT5. Pierwsza pracuje w parze z sodem, ale jelito wylewa go do środka samo, z żółcią i sokiem trzustkowym — dosypanie sodu do flaska niczego tu nie przyspiesza. Cytrynian jest za pot, nie za cukier.
I tu jest haczyk. Bramka fruktozy przepuszcza duże dawki dopiero u kogoś, kto to jelito wytrenował. U nieprzyzwyczajonego fruktoza, która się nie wchłonęła, nie znika — zostaje w jelicie i fermentuje. To jest dokładnie ta rewolucja żołądkowa w połowie dystansu, za którą zwykle obrywają żele. I często słusznie — tylko winowajcą nie jest „chemia", lecz dawka fruktozy w ich składzie, do której nikt wcześniej jelita nie przyzwyczaił. Ta sama fruktoza z flaska zrobi dokładnie to samo.
Tej dawki się nie wybiera, tylko się ją wytrenowuje — i nie zależy ona od tego, ile ważysz. Dawkę podaje się w gramach na godzinę, a nie na kilogram masy ciała, bo związku z masą ciała nie znaleziono; stukilogramowy ma tę samą bramkę co sześćdziesięciokilogramowy.
Zależy za to od czasu — dziewięćdziesiąt ma sens powyżej dwóch i pół, trzech godzin, czyli na Setce i na maratonie, a nie na Biegu o Nóż — i od żołądka. Jak go tam doprowadzić — protokół jest niżej, przy jelicie.
Sodu od trzystu do sześciuset miligramów na godzinę — typowe widełki z praktyki ultra, nie mój pomiar. Cytrynian sodu to w niecałej jednej czwartej sód: gram proszku daje około 235 miligramów. Wychodzi od 1,3 do 2,5 grama cytrynianu na każdą godzinę wysiłku. To są widełki, nie recepta. I w odróżnieniu od węglowodanów sód zależy od tego, kim jesteś: cięższy zawodnik w upale wypaca go więcej niż lżejszy w chłodzie. Komu po biegu zostają białe smugi soli na czapce, ten siedzi bliżej górnej granicy. Idziesz wolno w zimnie i prawie się nie pocisz — trzymaj się dolnej.
Kwasek cytrynowy do smaku. Sam cytrynian sodu smakuje mydlano-słono i po kilku godzinach przestajesz po flask sięgać — a mikstura, której nie pijesz, nie działa. Szczypta kwasku ścina ten posmak, a kwaśne jest tym, co po sześciu godzinach słodkich żeli jeszcze przechodzi przez gardło. Świeży sok z cytryny czy limonki robi to samo, ale ma miąższ, nie odmierzysz go i po pół dnia w cieple jest dokładnie tym problemem, przez który mieszanka nie trafia do bukłaka. Proszek w plecaku nie zepsuje się na jeden bieg. Po biegu przepłucz usta czystą wodą — kilka godzin sączenia czegoś kwaśnego zostawia ślad na szkliwie.
I rzecz, która jest ważniejsza od każdej z tych liczb: sód nie chroni przed przewodnieniem. Chroni przed nim picie do pragnienia, a nie na zapas. Największe kłopoty na długich dystansach mają nie ci, którzy wypili za mało, tylko ci, którzy wlali w siebie więcej, niż potrzebowali.
Przeczytaj, zanim przepiszesz tabelę
Nie jestem dietetykiem ani lekarzem. Poniżej jest przepis złożony z badań nad wysiłkiem wytrzymałościowym i z praktyki biegów ultra i kolarstwa — nie recepta wystawiona tobie.
Dawka to sześćdziesiąt gramów maltodekstryny i trzydzieści fruktozy na godzinę. Najpierw ćwiczysz ją na treningowych marszach, nigdy pierwszy raz na starcie. Żołądek marudzi — schodzisz niżej i wracasz do niej, kiedy się uspokoi.
Są też ludzie, dla których ta tabela się nie nadaje: nietolerancja albo złe wchłanianie fruktozy — fruktoza jest tu jedną trzecią składu; cukrzyca; choroba nerek, nadciśnienie albo dieta niskosodowa — przy sześciuset miligramach sodu na godzinę przez dwudziestogodzinną Setkę uzbiera się dwanaście gramów sodu z samego picia. Jesteś w którejś z tych grup — ustaw to z lekarzem, nie z artykułem.
Przepis na flask: 500 ml i 750 ml
| Składnik | 500 ml | 750 ml | Po co |
|---|---|---|---|
| Maltodekstryna | 120 g | 180 g | pierwsza bramka · 60 g na godzinę |
| Fruktoza | 60 g | 90 g | druga bramka · 30 g na godzinę |
| Cytrynian sodu | 3–5 g | 4–7 g | sód |
| Kwasek cytrynowy | szczypta | szczypta | smak |
| Woda | do kreski 450 ml | do kreski 700 ml | kreska to gotowa mikstura, nie dolana woda; po sam korek się nie zamknie |
| Wychodzi | 180 g 2 h · 8 porcji | 270 g 3 h · 12 porcji | 90 g węgli na godzinę |
- Na godzinę: 60 g maltodekstryny i 30 g fruktozy. Flask 500 mieści dwie takie godziny, flask 750 — trzy.
- Przygotowanie: proszek najpierw, potem woda do kreski 450 ml (w flasku 750 — do 700). Nie po sam korek: miękki flask nalany do końca nie da się zamknąć bez rozlania.
- Popijanie: to koncentrat, około 40 g węgli na 100 ml, kilka razy mocniejszy niż izotonik ze sklepu. Każdą porcję popij z bukłaka, zwykle około szklanki. To rozcieńczenie porcji, nie picie na zapas: poza tym pijesz do pragnienia.
- Cytrynian sodu: licz na czas, nie na flask — od 1,3 do 2,5 g na każdą godzinę. Dla prostoty 1,5 g na godzinę, czyli 3 g na mały flask.
Wszystkie trzy proszki kupisz w internetowych sklepach z surowcami spożywczymi i na Allegro — szukaj: maltodekstryna, fruktoza krystaliczna, cytrynian sodu E331. Kilogram maltodekstryny to kilkanaście złotych i starcza na kilkanaście flasków (ceny: Allegro, wrzesień 2026).
Jak gęsto — i nie gęściej
Sufit to czterdzieści gramów cukru na każde sto mililitrów syropu w flasku. Flask 500 nalany do pełna, do kreski czterysta pięćdziesiąt, mieści przy tym suficie sto osiemdziesiąt gramów, czyli dwie godziny po dziewięćdziesiąt. Przepis z tabeli wyżej jest dokładnie na tej granicy. Masz do pokrycia więcej godzin? Bierzesz większy flask albo drugi, nie gęstszy syrop.
Gęściej nie ma po co z dwóch powodów. Pierwszy: bramka w jelicie i tak przepuszcza gram na minutę, więc mocniejszy syrop niczego nie przyspiesza. Drugi: żołądek oddaje jelitu tym wolniej, im więcej węgli siedzi w porcji. W badaniu z roztworami polimeru glukozy — a maltodekstryna to właśnie polimer glukozy — rozcieńczony, cztery gramy na sto mililitrów, tracił połowę objętości w kwadrans; stężony, dziewiętnaście gramów na sto, w ponad godzinę. Gęstsza porcja nie wchodzi szybciej, tylko dłużej leży w brzuchu. A napoje powyżej dwunastu gramów na sto mililitrów to w badaniach nad triathlonem właśnie te, po których ludzie zgłaszali problemy żołądkowe.
Ten koncentrat działa tylko dlatego, że każdą porcję popijasz: jedna ósma flaska, czyli ponad dwadzieścia gramów cukru w niecałych sześćdziesięciu mililitrach, plus szklanka wody z bukłaka to w żołądku mniej więcej poziom izotonika. Bez popicia to jest żel w płynie — a żel je się z wodą.
Czy przy takim flasku żele są w ogóle potrzebne? Nie muszą być. Flask dowozi dokładnie te same cukry, tylko w proszku i za ułamek ceny: cały flask na dwie godziny, sto osiemdziesiąt gramów węgli z proszków, to około trzech złotych, ten sam ładunek w żelach — kilkadziesiąt złotych, zależnie od marki. Żel to wygoda i odmiana smaku, a nie coś, czego mikstura nie potrafi. W ankiecie żele wymienia dwadzieścia siedem osób z sześćdziesięciu pięciu — najczęstsze paliwo — i ma to sens wszędzie tam, gdzie nie chcesz nic mieszać: jeden do kieszeni munduru, bez flaska i bez ważenia proszku.
Nie odmierzaj tego na trasie gramami — odmierzaj flaskiem. Flask 500 to osiem porcji, flask 750 — dwanaście. Porcja na każdy sygnał zegarka, czyli co kwadrans, to jedna ósma małego flaska: trochę ponad pięćdziesiąt mililitrów, około dwudziestu dwóch gramów węglowodanów. Na treningu sprawdź, ile twoich łyków daje jedną porcję — u mnie dwa. Mały schodzi w dwie godziny, duży w trzy — i wychodzi równo dziewięćdziesiąt gramów na godzinę, bez rachunków w głowie na czterdziestym kilometrze.
Więcej godzin to kolejny flask, nie gęstszy syrop. Do przepaku spakuj proszek już odmierzony, po jednej torebce na flask. O trzeciej w nocy nikt nie waży maltodekstryny.
Kalkulator flaska
Tabela wyżej to pełny flask: dwie albo trzy godziny. Kalkulator liczy ten sam przepis na inny czas: sześćdziesiąt gramów maltodekstryny na każdą godzinę plus fruktoza, a flask nalewasz do pełna. Wydłużasz czas, a flask pokazuje, jak gęsty robi się syrop. Powyżej czterdziestu procent kalkulator blokuje wybór: taki czas to drugi flask, nie gęstszy syrop.
| Maltodekstryna 60 g × 2 h | 120 g |
| Fruktoza 30 g × 2 h | 60 g |
| Cytrynian sodu stała, ok. 350 mg sodu na godzinę | 3 g |
| Kwasek cytrynowy | szczypta |
| Woda proszek najpierw, potem woda | do kreski 450 ml |
Proporcje: 2:1 przy fruktozie 30 g/h, 1:0,8 przy 48. Dlaczego dwa proszki, wyjaśnia „Chemia w służbie ruckera" wyżej.
Wersja do worka przepakowego: karta na przepak (PDF, A4) — przepis, budzik, sód i protokół ratunkowy na jednej kartce do wydrukowania.
Dlaczego mała porcja co kwadrans, a nie pół flaska raz na godzinę? Dwadzieścia parę gramów w kilkudziesięciu mililitrach, popite wodą, żołądek oddaje jelitu spokojnie. Dużą porcję wlaną naraz przytrzymuje — im gęstsza i większa porcja, tym wolniej ją wypuszcza. Większy łyk nie przyspiesza wchłaniania — przenosi ciężar do brzucha i tam zostaje.
Jeśli bierzesz żele, obowiązuje jedna zasada: liczą się do tej samej puli. Żel z dwudziestoma pięcioma gramami węglowodanów to mniej więcej jedna porcja z flaska, nie dodatek ponad nią. Najprościej: zjadłeś żel — opuszczasz następny sygnał zegarka, bo inaczej dokładasz cukier ponad to, co przepuszczają bramki, i dowiesz się o tym żołądkiem.
Krok wyżej: 60 + 48, czyli proporcja 1:0,8
W sieci krąży proporcja 1:0,8 z etykietą „ta najlepsza". Jest prawdziwa, tylko dotyczy maltodekstryny do fruktozy — nie maltodekstryny do glukozy. Między maltodekstryną a glukozą żadna proporcja nic nie zmienia, bo dla jelita to ten sam cukier w dwóch opakowaniach. Dlatego w przepisie wyżej glukozy nie ma wcale — jest maltodekstryna i fruktoza, czyli dwie różne bramki.
Druga rzecz: 1:0,8 to sześćdziesiąt gramów maltodekstryny i około czterdziestu ośmiu fruktozy na godzinę, razem blisko stu dziesięciu. To krok dla zaawansowanych: po tygodniach, kiedy sześćdziesiąt plus trzydzieści przechodzi na długich marszach bez marudzenia żołądka. Flask 500 starcza wtedy na półtorej godziny, bo na dwie wyszłoby gęściej niż sufit — kalkulator wyżej policzy to po kliknięciu „48 g/h". Zalecenia dla ultra kończą się w okolicach dziewięćdziesięciu gramów na godzinę, więc to jest opcja, nie standard: na pierwszej Setce, w tempie marszowym, nie masz po co jej dźwigać.
Jelito trenuje się jak łydki
Wszystkie liczby wyżej mają jeden warunek: jelito musi być do nich przyzwyczajone. Dobra wiadomość — ono adaptuje się jak każda inna tkanka. Regularne podawanie węglowodanów w trakcie wysiłku zwiększa przepustowość bramek w jelicie i tolerancję żołądka; po kilku tygodniach dawka, która kiedyś kończyła się rewolucją, przechodzi niezauważona. W literaturze nazywa się to wprost: train the gut.
Protokół jest prosty i nie wymaga niczego ponad to, co i tak robisz:
- Każdy długi marsz to trening żywieniowy. Ten sam flask, te same żele, te same kanapki, które planujesz na bieg — nic nowego na starcie.
- Pełną dawkę sypiesz od pierwszego długiego marszu. Sześćdziesiąt plus trzydzieści na godzinę. Jeśli żołądek marudzi, schodzisz niżej i wracasz do pełnej dawki, kiedy się uspokoi. Pierwszy raz zawsze wypada na treningu, nie dwadzieścia kilometrów przed metą.
- Raz na jakiś czas wyjdź na trening chwilę po posiłku. Żołądek, który umie pracować pełny, to dokładnie ten, którego potrzebujesz na sześćdziesiątym kilometrze.
- Ostatnie długie wyjście przed startem to próba generalna. Pełny plecak, pełny flask, alarm co kwadrans i jedzenie „z przepaku" na postoju.
Setka to nie jest bieg na samym cukrze
Wszystko powyżej dotyczy paliwa płynnego, bo na dystansach do maratonu włącznie — także tego komandoskiego — ono wystarcza. Na Setce nie wystarcza i mówią to zgodnie ludzie, którzy ją przeszli. Problemem po kilkunastu godzinach nie są kalorie — problemem jest to, że słodkie przestaje wchodzić.
„Nie tylko słodkie trzeba zabrać, po sześćdziesiątym kilometrze już średnio wchodzi."
Anonimowy Harpagan 3–5 biegów
„Jedzenie: kanapki, kabanosy — nie tylko żele."
Stefan
Setka jest do tego przystosowana lepiej niż reszta cyklu. Jedzenie i picie stoi na starcie i mecie każdego okrążenia, czyli co dwadzieścia kilometrów — a tam czeka też twój przepak. To jest miejsce na jedzenie stałe: na przepaku albo w pierwszych minutach marszu z niego, z kanapką w ręku — byle nie w biegu. Idziesz w tempie marszowym, więc żołądek to udźwignie. Przy tempie biegowym już nie, i dlatego na maratonie ta rada nie działa tak samo.
Jedzenie stałe pojawia się w co trzeciej odpowiedzi (dziewiętnaście osób z sześćdziesięciu pięciu). Wracają cztery rzeczy: kanapki — u jednego z nutellą i dżemem, u innego bułki; kabanosy i boczek; coś słonego, choćby precelki; i coś ciepłego na przepaku — zupa, herbata albo kawa. To ostatnie waży więcej, niż wynika z kalorii — Setka startuje o dwudziestej drugiej i noc spędzasz na trasie.
„Na piętnaście minut przed końcem pętli dzwoniłam, za ile będę, i miałam przygotowaną ciepłą zupę albo herbatę, kawę. Na każdym przepaku spędzałam po około piętnaście minut. Najpierw przebieranie w suche ciuchy, bo w nocy były cztery stopnie." — Beth
Ale kabanos jest dowodem, że to jest indywidualne. Ten sam uczestnik, który radzi nie brać samych słodyczy, akurat kabanosów unika: „znam osobę, która dostała po nich problemów gastro i nie ukończyła setki". Nic z tej listy nie jest rekomendacją — to jest lista rzeczy do przetestowania na treningowym marszu, a nie do odkrycia po raz pierwszy na sześćdziesiątym kilometrze, w nocy, dwieście kilometrów od domu.
Badania z ultramaratonów mówią zresztą to samo co ankieta: problemy żołądkowo-jelitowe to jeden z najczęstszych powodów niedokończenia długich biegów, a w górskich ultra więcej jedzenia stałego szło w parze z szybszym, nie wolniejszym tempem. Przy marszowej intensywności odrobina białka i tłuszczu nie przeszkadza — wchodzi powoli, ale w marszowym tempie pięciu kilometrów na godzinę (dwunastu minut na kilometr) czasu akurat masz pod dostatkiem.
I ta sama zasada, co przy żelach: jedzenie stałe też liczy się do puli węglowodanów. Kanapka nie jest dodatkiem ponad twoją godzinową dawkę, tylko jej częścią.
Na koniec rzecz, która brzmi jak błąd, a jest normą: Setkę kończysz na dużym minusie kalorycznym i tak ma być. Nie da się zjeść tyle, ile spalisz przez dwadzieścia godzin, i nie o to chodzi. Próba nadrobienia tego jedzeniem kończy się nie sytością, tylko zejściem z trasy.
Dzień przed i dzień startu
Start o dwudziestej drugiej robi z dnia startu problem, którego nie ma nigdzie indziej: „śniadanie przed biegiem" wypada wieczorem.
- Dzień przed: jedz normalnie, z przewagą węglowodanów i mniejszą ilością błonnika. Żadnych eksperymentów kulinarnych i żadnej „ostatniej mocnej sesji".
- Dzień startu: normalne śniadanie i obiad. Ostatni duży posiłek około siedemnastej–osiemnastej — cztery do pięciu godzin przed startem, lekkostrawny i sto razy przećwiczony. Na godzinę–dwie przed startem lekka, znana przekąska — banan, mała owsianka — żeby nie ruszać po pięciu godzinach postu.
- Kofeina od rana na minimum — cała czułość na nią ma zostać na noc (sekcja niżej).
- Drzemka po południu, jeśli potrafisz. Godzina snu przed startem to godzina mniej długu w środku nocy.
Dwadzieścia godzin Setki: rytm pięciu pętli
Nie tak, że jedziesz na miksturze od startu do mety. Setka dzieli się sama: pięć pętli po dwadzieścia kilometrów, a na końcu każdej stoi jedzenie i twój przepak. Blok liczy się razem z postojem: dwadzieścia kilometrów w tempie nieco ponad pięć kilometrów na godzinę (jakieś 11:15 na kilometr) to trzy godziny czterdzieści pięć minut marszu, plus kwadrans na przepaku — razem pięć bloków po cztery godziny, czyli dokładnie limit. Na jeden blok schodzą dwa flaski — jeden w ręku, drugi w plecaku, a proszek na kolejne czeka odmierzony na przepaku. Potem siadasz i jesz normalnie — a że pula węgli jest jedna, po konkretnym jedzeniu z przepaku pierwszy sygnał budzika przepuszczasz. Tempo w drugiej połowie i tak spada, więc bloki się rozjeżdżają, ale rytm zostaje ten sam.
| Pętla | Pora | Strój | Na przepaku |
|---|---|---|---|
| 1. 0–20 km | 22–02 | mundur + plecak 10 kg | waga na 20. km, potem ciepła zupa i suche ciuchy |
| 2. 20–40 km | 02–06 | mundur, bez plecaka | najzimniejsza część nocy — coś gorącego, kawa albo herbata |
| 3. 40–60 km | 06–10 | dowolny | świta i robi się cieplej, jedzenie wchodzi łatwiej |
| 4. 60–80 km | 10–14 | dowolny | tu słodkie przestaje wchodzić — przerzuć się na słone |
| 5. 80–100 km | 14–18 | dowolny | ostatnia prosta: dojeść to, co znasz, nie eksperymentować |
Godziny liczone od startu o dwudziestej drugiej, blokami po cztery godziny: około 3:45 marszu plus kwadrans przepaku. Średnia z postojami wychodzi wtedy równe pięć kilometrów na godzinę (12:00 na kilometr) — dlatego w ruchu trzymasz odrobinę więcej. Traktuj to jako rytm, nie rozkład jazdy.
Kwadrans na przepaku to nie strata czasu — to głowa. W środku nocy, przy czterech stopniach, kubek gorącej zupy robi dla twojej gotowości iść dalej więcej niż jakikolwiek żel. To nie są kalorie — to jest kwadrans, w którym siedzisz i jesz jak człowiek, zamiast liczyć kilometry. Jedna zasada praktyczna: jedz na początku postoju, nie tuż przed wyjściem — żołądek dostaje wtedy te kilkanaście minut, żeby ruszyć, zanim ty ruszysz.
Kofeina: trzymaj ją na noc
Setka startuje o dwudziestej drugiej, więc najgorsze przychodzi między drugą a piątą — na najzimniejszej pętli, kiedy ciało dostaje sygnał, że powinno spać. Na to jest jedno legalne narzędzie i warto użyć go z głową.
Nie pal kofeiny, zanim jest potrzebna. Duża dawka na starcie to zmarnowany nabój — o dwudziestej drugiej i tak jesteś przytomny. Pierwszą pełną dawkę weź, kiedy senność realnie uderza, zwykle w środku nocy; drugą trzymaj w odwodzie na ostatnie pętle. Zastrzeżenie dla codziennych kawoszy: nie schodź w dzień startu do zera, bo odstawienie zaboli głową dokładnie na nocnej pętli — poranna kawa zostaje, dopiero potem przerwa.
Masz rytuał kawy przed startem? Trzymaj go. Znany schemat bije optymalny, a małe espresso to nie jest jeszcze twoja nocna dawka. Tylko forma ma być mała: kawa, nie pół litra energetyka — bo to, co wygania ludzi w krzaki na pierwszej pętli, to głównie objętość zimnego płynu wypitego na nerwach, nie sama kofeina. Przy wysiłku jej moczopędne działanie jest w badaniach słabo widoczne.
Dawka: około trzech miligramów na kilogram masy ciała naraz. Przy osiemdziesięciu kilogramach to jakieś 240 mg — dwie mocne kawy albo żele i gumy liczone według miligramów z etykiety; kofeinowe żele mają od 25 do 100 mg, więc „dwa żele" bez czytania etykiety nic nie znaczy. Badania nad pracą bez snu pokazują wyraźną poprawę czujności już od tej dawki; jednorazowo powyżej pięciu–sześciu miligramów na kilogram rośnie głównie trzęsienie rąk i ryzyko dla żołądka, nie forma. Druga dawka w nocy — połowa pierwszej, nie kopia.
A tętno? Kofeina nie wybije cię ze strefy drugiej przez serce — może przez głowę. Na tętno przy spokojnym, marszowym wysiłku działa słabo: kilka uderzeń albo wcale. Za to obniża odczuwany wysiłek, więc po dawce łatwo nieświadomie przyspieszyć. Antidotum: przez godzinę po kofeinie tempo trzymasz z zegarka, nie z czucia. Na maratonie, gdzie intensywność jest wyższa, ta pułapka rośnie.
Forma dowolna, byle przećwiczona. Żel albo guma z kofeiną działa po dwudziestu–trzydziestu minutach; kawa na przepaku dowozi ciepło i kofeinę naraz — dokładnie to, co w tabeli wyżej robi pętla druga. Wrażliwość na kofeinę jest mocno indywidualna, więc jak wszystko tutaj: pierwszy raz na treningu nocnym, nie na biegu.
Jest 4:30, brzuch się przewraca: protokół ratunkowy
Do przepaku sześć kilometrów, żołądek właśnie stanął. Najpierw rozróżnienie: ten protokół jest na zbuntowany brzuch — przelewanie, wzdęcie, mdłości bez głodu. Jeśli objawy są odwrotne — drżenie, watowate nogi, tunelowe widzenie, czyli pusty bak — węglowodanów nie odcinasz, tylko zwalniasz i podajesz to, co przechodzi. Na brzuch masz protokół, nie improwizację:
- Stop węglowodany. Nie „mniejsza porcja" — zero, na pół godziny do godziny. Budzik przestawiasz, nie kasujesz.
- Zwolnij wyraźnie na kwadrans. Przy spokojniejszym tempie krew wraca do przewodu pokarmowego i żołądek zaczyna oddawać zawartość dalej. To nie jest strata czasu — to jedyna droga, żeby w ogóle dokończyć.
- Woda małymi łykami. Nie flask, nie żel — czysta woda z bukłaka, łyk co kilka minut.
- Wracaj od małych porcji, nie od syropu. Coś drobnego i słonego — precelek, kawałek bułki — i patrz, co się dzieje. Dopiero potem flask, od połowy porcji.
- Wymiotowałeś? Często robi się lżej, ale to nie znaczy, że wracasz do planu. Najpierw woda małymi łykami i kwadrans spokojnego marszu, potem mocno rozcieńczony płyn — jedzenie stałe najwcześniej po godzinie. Jeśli mdłości nie puszczają albo dochodzą zawroty głowy — punkt medyczny, nie bohaterstwo.
Zasada nadrzędna: protokół działa, kiedy reagujesz przy pierwszych objawach. Godzina „może samo przejdzie" to godzina, w której problem rośnie.
Luty i marzec: picie zamarza
Półmaraton jest w lutym, Setka w marcu — noc na trasie potrafi zejść poniżej zera. Pierwsza zamarza rurka bukłaka, bo woda stoi w niej cienką warstwą. Przyda się ocieplina na rurkę i ogrzewacz chemiczny przy zaworze, a po każdym łyku przedmuchaj wodę z rurki z powrotem do bukłaka — pusta nie ma czemu zamarznąć.
Żele na mrozie gęstnieją do konsystencji, której nie wyciśniesz — noś je w kieszeni przy ciele, nie w plecaku. Flask z koncentratem ma tu przewagę: tak stężony syrop zamarza dużo później niż woda. A na przepaku zimą termos z czymś gorącym bije wszystko.
Na koniec dwa pytania do tych, którzy już próbowali. Kabanos na Setkę: tak czy nie? I jeśli kiedyś zszedłeś z trasy przez żołądek — napisz, co jadłeś i na którym kilometrze. Ankieta, z której wyrósł ten tekst, nie pytała o nieukończenia, więc to jest dokładnie ta wiedza, której tu jeszcze brakuje. Odpowiedzi zbieram w społeczności.
Wszystko z tego tekstu testuj na treningu — nic pierwszy raz na starcie.
Źródła
- Dawki węglowodanów i brak związku z masą ciała: Jeukendrup 2014, Sports Medicine oraz mysportscience.
- Proporcja fruktozy do glukozy: Rowlands i wsp. 2015.
- Gęstość roztworu a opróżnianie żołądka (polimer glukozy 4 vs 19 g/100 ml): Vist i Maughan 1995, Journal of Physiology. Napoje powyżej 12 g/100 ml a dolegliwości żołądkowe w triathlonie: Jeukendrup, mysportscience. Napoje od 8% a tempo opróżniania: GSSI SSE #244, Baker.
- Trening jelita: Costa i wsp. 2017.
- Przewodnienie i picie do pragnienia: konsensus w sprawie hiponatremii wysiłkowej, aktualizacja 2017.
- Żywienie w ultramaratonach, jedzenie stałe i kofeina: stanowisko ISSN, Tiller i wsp. 2019.
- Bufety, przepaki i pętle Setki: Regulamin X Setki Komandosa (2026).
- Jedzenie stałe, kabanosy, zupa na przepaku i głosy uczestników: ankieta Rucking Polska, 65 odpowiedzi, sierpień 2026.
- Ceny maltodekstryny, fruktozy, cytrynianu i żeli: Allegro, wrzesień 2026.